Radomianie dla Demokracji

Społeczeństwo obywatelskie: trudne pytania o tożsamość

Społeczeństwo obywatelskie: trudne pytania o tożsamość

O historii obywatelskiej opozycji z lat 2015 – 2018 można byłoby już napisać grubą księgę, ciekawe tylko, czy więcej byłoby w niej wspólnoty celu jako czegoś absolutnie nadrzędnego - priorytetu wszelkich naszych działań, szacunku w naszym własnym środowisku dla wartości, o jakie upominamy się dla Polski, czy też podziałów i animozji, wzajemnych żalów i oskarżeń, wśród liderów – ponad miarę wzmożonego poczucia przywództwa. Czy więcej byłoby w tej księdze pochwały dla solidarności we własnych szeregach, czy też nagany za brak do siebie zaufania, za nieumiejętność otwarcia się na „drugiego”, za brak zdolności do spojrzenia na rzeczywistość przez jego okulary, uszanowania jego wrażliwości.

Stawiam te pytania z lękiem. Stawiam je zaledwie kilka miesięcy (jak nie tygodni!) przed tym dniem, kiedy przy urnach wyborczych Polacy – podzieleni, rozdygotani – przesądzą o dalszych losach kraju, o jego bezpieczeństwie, o tym, w jakich klimatach i w oparciu o jakie wartości kształtować się będzie kolejne pokolenie. Stawiam je w głębokim przekonaniu, że postawa zrodzonego z ruchu protestu społeczeństwa obywatelskiego jako wspólnoty będzie miała na ten wybór kolosalny wpływ. Albo ostrożniej: mogłaby mieć, gdyby było ono przez Polaków, niekoniecznie ubogaconych obywatelską wrażliwością, jako wspólnota postrzegane.

Stawiam te pytania głęboko świadomy rzeczywistości, jaka mnie otacza. I tej bardziej odległej, ale nie aż tak, żeby nie miała wpływu na losy mojego kraju: to Putin i jego dynamicznie odradzające się imperium zła. To wojna wypowiedziana zachodniej cywilizacji i jej wartościom, o nieograniczonej liczbie frontów. To Trump zadający cios całej symbolice Statuy Wolności. To zacieśniająca się wokół Europy pętla narodowych wzmożeń prowadzących do katastrofy totalitaryzmu, od Węgier poprzez Polskę, wspinając się na szczyty Karpat, później Alp, spadając w doliny w samym sercu Europy, we Francji, i dalej biegnąc do krajów Beneluksu. To zaanektowany Krym i wciąż krwawiący Donbas. To „żółte kamizelki” upominające się o lepszy świat i urągające tym, którzy wyłuskali liberalną demokrację z jej istoty, z jej fundamentalnych wartości. I tej bliskiej, na wyciągnięcie ręki. To zniszczone autorytety. To na lata zachwiane zaufanie do instytucji państwa. To rowy wykopywane w tkance społecznej w realizacji znanej od wieków strategii satrapów: dziel i rządź. To pierwsze krople krwi na polskiej ziemi od położenia fundamentów demokratycznego państwa prawa, wytoczone sączoną nieustannie mową nienawiści. To hipokryzja siewców tej nienawiści nawołujących w świetle tej narodowej tragedii: ciszej tam nad tą trumną. To szczyty politycznego cynizmu kiedy w tle słów kapłana żegnającego ofiarę zamachu, piętnującego nienawiść, w momencie apogeum przeżywania narodowego katharsis, na ekranie telewizyjnym pojawia się postać znienawidzonego politycznego wroga (Tuska). Zdaję sobie sprawę: niefrasobliwie przebiegłem po wierzchołkach gór lodowych, bo to tylko mglisty zarys tła do konkretu, który – dręcząc – leży mi na sercu.

Bo stawiam te pytania również w momencie, kiedy przez polskie społeczeństwo obywatelskie przetacza się debata, czy wyjść naprzeciw historycznemu wyzwaniu i stać się skonfederowaną, rozpoznawalną siłą polityczną, czy też pozostać rebeliancką gromadą, zbiorowym romantycznym buntownikiem, rozproszoną mgławicą, być może urzekającą pięknem migocących gwiazd, ale nie zdolną rzucić światła. Pierwsza opcja stawia na skuteczność i zakłada możliwość uzyskania wpływu na bieg wydarzeń. Jest trudna, bo wymaga minimum zgody i wzajemnego zaufania, wartości głęboko deficytowych, bo na ten deficyt pracowała, niestety, nasza historia, a w wydanej nam ostatnio wojnie – tysiące trolli i agentów wpływu; bo wymaga intelektualnej dyscypliny, powściągnięcia emocji, rezygnacji z rozbudzonych osobistych ambicji; bo czyni niezbędnym wspólne zdefiniowanie wartości nadrzędnej i determinacji, żeby tej wartości wspólnie bronić. Druga stawia na kreowanie ducha oporu, podtrzymywania nadziei, budowanie opozycyjnego image. Jest nieco łatwiejsza w realizacji, bo bliższa jest duchowi polskiej sarmacji, wciąż przecież pozostającej częścią naszej narodowej tożsamości. Łatwiejsza tylko w tym aspekcie, bo – obok tego - wymagająca mnóstwa poświęceń i determinacji. I słyszę w tej debacie wypowiadane zdania o dwóch nurtach polskiej obywatelskiej opozycji, jakoby się wykluczających.

Jeśli by tak było, zastanawiam się, którym nurtem ja płynę: który wybrałem, czy też może – który mnie porwał. I nijak nie mogę znaleźć odpowiedzi. Bo blisko mi i do tych, którzy uparcie tkwią przed Pałacem na warszawskim Krakowskim Przedmieściu z wypisanymi na kartonach literkami składającymi się na słowo KONSTYTUCJA, i do tych, którzy uruchamiają burzę mózgów szukając odpowiedzi na pytanie, jak dojść do ukonstytuowania się obywatelskiej wspólnoty, która by miała moc zażądania od polityków opowiadających się po stronie państwa prawa, aby przezwyciężyli swoje partyjne ambicje, wybrali skuteczność, podali sobie ręce w tej jednej sprawie – przywrócenia Polski na kurs demokracji i jednoznacznego opowiedzenia się za europejskimi wartościami. Bo jestem i z tymi, którzy uparcie palą światełka przed gmachem Sądu Najwyższego skandując „wolne sądy”, i z tymi, którym marzy się uzyskanie przez obywateli GWARANCJI od demokratycznych polityków, iż pod ich rządami słowo „demokracja” odzyska swoje znaczenie i znów nabierze blasku. Chylę czoła przed odwagą i determinacją Gabrysi, do niedawna po prostu fryzjerki z Cieszyna – dzisiaj symbolu upartego, choćby i samotnego protestu przeciwko złu, ale też chylę czoła przed tymi, którzy uparcie szukają słów wyrażających te marzenia. Którzy kreślą zręby programu do debaty środowisk obywatelskich z aktorami życia politycznego – programu dla Polski otwartej, przyjaznej, będącej przedmiotem pragnień zdecydowanej większości Polaków, w której nie będzie miejsca na wykluczanie, w której obywatelski głos zostanie dosłyszany, w której znajdą swoje godne miejsce i ci, którym najbliższa jest wolność, i ci dla których ważna jest tradycja. Którzy toczą spory o linię, poza którą znów pójdziemy „na wybory” w rozterce, z uzasadnioną obawą, że po raz kolejny wybierzemy mniejsze zło. I wybory te, historyczne bo określające naszą przyszłość na lata – przegramy.

Dojrzewa w tej sytuacji, w obywatelskim środowisku, pomysł: spotkajmy się, porozmawiajmy. Rzuca go i realizuje znany w kręgach protestującej ulicy „Arizona”: ktoś to musiał zrobić, tak tworzy się historia. Spotkanie przybrało ostatecznie nazwę KORD – Kongres Obywatelskich Ruchów Demokratycznych – definicja szeroka, żeby nikogo nie pominąć. Na jesiennym spotkaniu w Łodzi przypomnieliśmy się sobie, po wszystkich turbulencjach, podziałach, czasem poranieniach, nawet nie zawsze się lubiąc – podaliśmy sobie dłonie, dominował optymizm, a to wielka sprawa. Nic jednak poza tym się nie stało – żadnych ustaleń. Było więc oczywiste, że musi być ciąg dalszy. Szanując wkład inicjatora my wszyscy, „kordowo” myślący, wspieraliśmy podejmowane przez niego dalsze kroki. Powstała wolontariacka „grupa programowa” – zgłaszał się do niej, kto chciał. Powstawała agenda kolejnego spotkania i na tym etapie zaczynało już lekko zgrzytać. Na razie lekko, bo przecież się udało. Doszło do kolejnego spotkania, w styczniu, w Warszawie – na KORD II. I wydało mi się po tym spotkaniu, że było ono znacznym sukcesem – że protestujące przeciwko niszczeniu demokratycznego państwa społeczeństwo obywatelskie zrobiło olbrzymi krok do przodu. Wydało mi się tak, bo przyjęliśmy nasz obywatelski „Manifest programowy”: to właśnie owe „zręby programu”, o których wyżej, owa linia brzegowa, po której przekroczeniu jest już tylko wyborcza porażka. To dla mnie oczywiste. Przyjęliśmy kolejne dwie uchwały- jedną definiującą, czym jest KORD, dla wszystkich z nas „dobrej woli” kończącą dywagacje na temat prawomocności zapadających postanowień, drugą wyznaczającą ciągłość tej inicjatywy poprzez powołanie Komitetu Koordynacyjnego. Przyjęliśmy te dokumentu przeważającą większością głosów (prawie przez aklamację) ponad 400 uczestników spotkania reprezentujących blisko 100 najrozmaitszych ruchów i obywatelskich inicjatyw. Co niezwykle ważne: w spotkaniu uczestniczyły osoby powszechnie uznane przez obywatelską opozycję jako niekwestionowane autorytety, które wyraziły jednoznaczne uznanie dla przebiegu obrad i przyjętych dokumentów. I niezwykle ważny był dla mnie głos Sędziego Jerzego Stępnia – jego krótki, ale jakże odpowiadający potrzebie chwili wykład o różnicy między „konfederacją” i „rebelią”.

Wkrótce okazało się, że to moje postrzeganie wcale nie jest powszechne. Odezwały się głosy tych, którym to się nie spodobało – zawiedzione, rozczarowane. Niektóre z nich przerażająco mocne: że coś komuś ukradziono, że jest jakiś „zamach na inicjatywę”. Więc się pytam: kto jest tym złodziejem, kto i co kradnie? I komu? Znów podejrzliwość, oskarżenia, dzielenie! Apele do „wodza”, żeby „stanął na czele i odbił, co zawłaszczone”. Takie apele nie mogą nie wywoływać złych emocji – u „wodza” zgubnych wzmożeń, u domniemanych „zawłaszczaczy” odruchów obronnych. Powracam do pytań i stawiam się w ich środku: czy to ja jestem jednym ze złodziei, bo marzy mi się dyskretnie zaproponowana przez doświadczonych działaczy „Solidarności” konfederacja? Czy może kradnę coś, czego czuję się cząstką, bo przecież – jak powtarza uparcie „Arizona” – KORD to my? Komu kradnę – samemu sobie? Bo przecież jego ceniona przez nas wszystkich inicjatywa była wspaniałym, intuicyjnie oczekiwanym prezentem dla nas, dla obywatelskiej wspólnoty, zatem również dla mnie? A co z naszymi autorytetami, o których wspomniałem, które dla „ogarniającego się” wreszcie społeczeństwa obywatelskiego i obywatelskiego protestu są na wagę złota? Czy pozostaną z nami słysząc żenujące, gniewne pokrzykiwania niesfornych malców bijących się o piaskownicę, ślepych na nadciągającą burze? Kto weźmie odpowiedzialność za to, że zmęczeni i zniesmaczeni powrócą do domu, że bardzo delikatna jeszcze konstrukcja, którą pomagali wznosić, posypie się jak domek z kart przy akompaniamencie wzajemnych pretensji i oskarżeń? Czy naprawdę wisi nad nami jakieś przekleństwo i nie potrafimy inaczej?

Mam nadzieję, że dopadło mnie czarnowidztwo, że jednak kromka nie pada jednoznacznie masłem w dół. Powołany zespół programowy pracuje i – choć opornie i nie bez zgrzytów – przygotowuje KORD III, a raczej – zgodnie z treścią podjętych uchwał – spotkanie szerokiego forum Komitetu Koordynacyjnego. W bólach rodzi się jego agenda. Trzeba mieć nadzieję, że przeważy „Sprawa” – nasza wspólna, wielka, umykająca precyzyjnej definicji. I fundamentalna zasada zaufania: bo przecież wszyscy „chcą dobrze”, bo proszę mi pokazać kogoś w naszym obywatelskim gronie, o kim można powiedzieć, że „chce źle”! Wielką odpowiedzialnością, jaka spoczywa na tym forum, jest przekonanie nieprzekonanych do prawdy oczywistej: że oba nurty, o których mowa wyżej – ten „uliczny” i „programowy”, ten „akcyjny” i „koncepcyjny” – są równie cenne, a ludzie w nich działający zasługują na podobny szacunek. Co więcej: są wobec siebie komplementarne. Są sobie wzajemnie potrzebne, a już na pewno sobie nie wadzą. Ktoś powie: były uchybienia w organizacji KORD II – i będzie miał rację. Były. Z jednej strony umknęła gdzieś wrażliwość na oczekiwania „uliczników”, na słowa uznania dla ich ofiarności. Z drugiej – brak zrozumienia dla znaczenia strategii dla całego ruchu obywatelskiego protestu, zdefiniowania jego priorytetów kiedy jest już „pięć przed dwunastą” – kiedy stoimy przed wykorzystaniem ostatniej szansy na pokojowe, w klimatach europejskich wartości, przywrócenia Polsce jej godnego miejsca w świecie zachodniej cywilizacji. Były może kontrowersyjne pomysły, które winny znaleźć się powtórnie w porządku obrad. Ktoś poczuł się może indywidualnie urażony, czyjaś podniesiona ręka z prośbą o głos nie została może dostrzeżona, może była nawet zignorowana. Może dobrze, żeby padło piękne słowo „przepraszam”. Ale, rany boskie, czy to ma burzyć ten wstępny dorobek w dochodzeniu do sytuacji, kiedy obywatele zdobędą się na mocny głos możliwy tylko wtedy, kiedy dosłyszymy apel płynący z jądra Europy: jedność w różnorodności?

Nie wchodzę w tym tekście w szczegóły, nie ma w nim na nie miejsca; dotykam tego tylko, co mnie osobiście najbardziej boli, w czym widzę zagrożenie dla naszych obywatelskich zmagań kreowane jakby na własną prośbę. A kończę kreślenie tego tekstu na kolanie, w pociągu. Wracam z Krakowa. Uczestniczyłem w Dialogu Obywatelskim. Jednym z ponad tysiąca, które miały już miejsce z inicjatywy Komisji Europejskiej w różnych miastach Europy z perspektywą na zbliżające się eurowybory. Jednym z ponad stu, które organizowane były w Polsce przez Przedstawicielstwo KE. Jednym z kilku, na których byłem. Ten był jednak wyjątkowy. W wypełnionej po brzegi sali olbrzymiego Audytorium Maximum UJ (ponad 3000 uczestników, przeważała młodzież). W pełnym wymiarze europejski, bo z udziałem licznej grupy Włochów z wielokulturowej Toskanii, biorących udział w projekcie „Pociąg pamięci” – po odwiedzeniu przez nich Auschwitz - Birkenau. Sięgający najgłębszych unijnych korzeni – dziedzictwa II Wojny Światowej: trzy kobiety dawały świadectwo okrucieństwa tamtego czasu kiedy mając 3 – 4 - 5 lat – oderwane od matek – były samotnie więźniarkami Auschwitz i po części pacjentkami okrutnego „anioła śmierci”, dr Mengele. W najwyższym stopniu ekspercki, bo z czynnym i emocjonalnym udziałem Pierwszego Wiceprzewodniczącego KE, Fransa Timmermansa. Było o Europie, która rodziła się na popiołach Auschwitz, przeżywając świeżą jeszcze traumę holokaustu, nienawiści, odczłowieczania; było – w perspektywie wyzwań, jakie przed nami - o konieczności reagowania na zło, o nieuleganiu plemienności, o krytycznym myśleniu przy ocenach rzeczywistości; było o różnorodności jako o bogactwie, a nie problemie. Wrażenia pozostaną na długo, treści przekładają mi się na polską rzeczywistość. A ja tu o swawolnych igraszkach, kiedy w domu groza, o bawieniu się zapałkami, o sprzeczkach o to, kto tym igraszkom przewodzi. Niby to bez związku, ale myśl niesforna dokucza, więc ją z siebie wyrzucam. I – Drodzy Państwo, Kochani Obywatele – moja druga rodzino, Drodzy Liderzy i Liderki dzierżący przeróżne loga i totemy, namawiam do refleksji, a może przed tym pod letni prysznic. Nie adresując imieniem, bo jeśli domniemanym adresatom zbraknie zdolności samoidentyfikacji, próżno byłoby wzywać do tablicy. I rzucam grubym słowem, bo mi i wstyd i żal i potwornie gorzko. I straszno…

Bogusław Stanisławski - wykładowca, wychowawca i przyjaciel młodzieży studenckiej SGPiS, autor podręczników i kursów języka angielskiego, pracownik Instytutu Kultury Polskiej w Londynie, pracownik MSZ, członek misji obserwacyjnej z ramienia ONZ w Wietnamie, negocjator Konferencji Bezpieczeństwa Współpracy w Europie, radca kulturalny w ambasadzie w Belgradzie, za granicą - propagator polskiej kultury i nauki i opiekun polskich stypendystów, członek opozycyjnej "Solidarności", i sztabu wyborczego Jacka Kuronia, współzałożyciel i były prezes polskiego oddziału Amnesty International, członek Rady Fundacji "Inna przestrzeń" i "Otwarty dialog", członek zespołu ekspertów "Team Europe" przy przedstawicielstwie Komisji Europejskiej, autor i sygnatariusz wielu listów w obronie praw człowieka w Polsce i za granicą, społecznik i wielki orędownik "małych ojczyzn", zakochany w Polsce. Za zasługi Bronisław Komorowski uhonorował go w 2011 r. Krzyżem Komandorskim "Polonia Restituta".

Bogusław Stanisławski zmarł 12 września 2019.


Tekst ukazał się na Facebook 24 stycznia 2019 roku.







 

Galeria


Łańcuch światła Radom
Marsze wolności
Manifestacje radom